Dzienniki z Chin
Pamiętniki, zapiski z życia w Chinach
Mam wrażenie, że kultura zachodu cały czas prowadzi wojnę z kulturą wschodu. Przez lata zadaniem mediów anglosaskich było pokazywanie Chin, jako kraju zacofanego, niebezpiecznego, biednego. Nawet do 2010 roku to było realizowane dosyć skutecznie. Wiadomo, niewielki odsetek ludzi podróżował do Chin, może dopiero po Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie (2008 rok) świat trochę "otworzył oczy". Teraz jednak, kiedy mamy wysyp relacji z TikToka, Facebooka, Instagrama, gdzie wielu ludzi pokazuje zwykłe życie w Chinach, atrakcje turystyczne Kraju Środka, nowoczesne miasta, środki transportu; odbiorcy uświadamiają sobie, że te Chiny nie są jednak tak zacofane, a nawet jest to kraj bardzo nowoczesny, rozwinięty. Tylko Chiny są nowoczesne już nawet od 2000 roku, bo to wtedy budowano drapacze chmur, wielkie mosty, nowoczesne autostrady, metro w wielu miastach, a nieco później sieć szybkiej kolei. Dopiero teraz wiele osób "odkrywa Chiny". Z jednej strony bardzo dobrze, ale z drugiej ten zachwyt pokazuje, jak mało ludzie wiedzą o świecie. Jak mało czytają, jak mało szukają informacji spoza głównego nurtu mediów kontrolowanych przez duże korporacje, a tym samym, pośrednio przez rządy. Zachód nie może mówić dobrze o Chinach czy o Rosji. Teraz niektóre sukcesy, fakty o Kraju Środka są przemilczane. Skoro nie mogą otwarcie krytykować Chin, to starają się milczeć na temat Chin. Najgorsze jest to, że geopolitycznie Polska jest pomiędzy tymi dwoma światami - wschodu i zachodu. Najgorsze jest jednak to, że nasza dyplomacja, nasi politycy są beznadziejni i zamiast korzystać z tego położenia, my naprawdę bardzo dużo tracimy!
Tak sobie myślę dzisiaj, że ten WeChat został sprytnie wprowadzony w Chinach. Najpierw aplikacja do rozmów, darmowych telefonów przez internet, przez wifi. Oczywiście wymiana zdjęć, później filmów, plików, dokumentów itd. Wygoda, nowoczesne rozwiązania, łatwa komunikacja. Program stworzony przez prywatną firmę z Shenzhen - Tencent. Ale chińska władza szybko widzi w tym potencjał i program nie jest już w ogóle prywatny. To taki nasz mObywatel teraz plus karta płatnicza, dowód osobisty, paszport, wszystko po prostu. Teraz to także kombo, które łączy inne aplikacje np. taksówki, zamawianie jedzenia, zakup biletów kolejowych, różnego rodzaju weryfikacje, logowania, potwierdzenie tożsamości itp. Dla nas to kosmos. Wyobraźcie sobie Gadu-Gadu z takimi funkcjami. Fajnie wymyślone, bo przecież, gdyby rząd stworzył taką aplikację i przymuszał ludzi do rejestracji, użytkowania to pewnie jakiś odsetek by się buntował lub rezygnował ze smartfonów. Ale najpierw dostajesz "wygodę", ułatwienia. Możesz dzwonić, wysyłać pliki, pochwalić się zdjęciami wśród znajomych, tworzyć grupy itp. Powoli jednak rząd zmienia to w aplikację, która pozwala płacić, weryfikować tożsamość, podróżować. Nadal wiele ułatwień, ale jednocześnie pełna, "permanentna inwigilacja", że tak zacytuję klasyka. Należałoby dodać "nie wytrzymam!", ale Chińczycy wytrzymują.
Tak trochę z przyzwyczajenia porównuję Chiny do Polski (chociaż to najczęściej nie ma sensu), ale jednak... Na przykład wynajem elektrycznego roweru miejskiego we Wrocławiu kosztuje tyle, co wynajem taksówki w Chinach (może nie w dużych metropoliach, ale w mniejszych, czyli porównywalnych do Wrocławia). Za 10 minut jazdy rowerem zapłacimy prawie 6 PLN, czyli około 12 RMB. Jadąc taksówką w Chinach przez około 10 minut zapłacimy podobnie 10-12 RMB. Najczęściej są to taksówki elektryczne teraz. Sprawdzaliśmy też ostatnio taksówkę z Ningbo do Jiaxing (około 100km i przejazd mostem długości 38km) koszt około 200-250 PLN. Jeśli jadą 3-4 osoby, po przeliczeniu na osobę, jest to koszt porównywalny do pociągu w Chinach. Korzystając z tej samej aplikacji w Polsce za przejazd 100km zapłacimy około 700-800 PLN. Różnice są!
Zdarza się czasami, że w chińskich pociągach promowane są jakieś produkty. Osoba z obsługi, która rozwozi płatne przekąski, napoje, obiady zatrzymuje się w wagonie i opowiada o jakimś produkcie, który chce wypromować i sprzedać. W Chinach są popularne cukierki "White rabbit", to takie twarde cukierki, mleczne. Są sławne, mają sklepy firmowe (prawie jak nasz Wedel), ale ja osobiście nie jestem ich fanem, nasze krówki o niebo lepsze! Pan z obsługi promował coś podobnego, też cukierki, ale o różnych smakach. Trwało to około 10 minut, więc jak komuś dłużyła się podróż, mógł posłuchać i dowiedzieć się ciekawych rzeczy o tych "wyjątkowych" cuksach. Na koniec był poczęstunek, pan rozdał każdemu (oprócz tych, którzy spali) po cukierku. Mi niestety trafił się otwarty cukierek. Może fabrycznie coś się nie zakleiło, jak należy, albo przy wcześniejszej prezentacji ktoś otworzył i oddał?! Nie zjadłem go i nie poznałem smaku tego cukierka! Oczywiście po prezentacji kilka osób kupiło duże paczki tych słodyczy. Przy okazji dodam jeszcze, że w Chinach uwielbiają pakować: często jest tak, że paczka żelków, cukierków czy nawet herbat - każdy pojedynczy cukierek czy porcja herbaty są jeszcze dodatkowo zapakowane. Napoje są w kubkach, na dole kartonik do trzymania, to wszystko w foliowej torebce, a całość w torebce termicznej! W Chinach pojawiły się też żelki 4D, 5D itp. Żelki w formie klocków, jak Lego, dosyć ciekawe, śmieszne. Nie tak dawno widziałem je w polskim Netto i specjalnie sprawdziłem etykiety "Wyprodukowano w Chinach dla...". Tak więc w Polsce już nie tylko chińskie herbaty, makarony, ryż, ale nawet słodycze, ciekawie...
Ostatnio dzwoniła do mnie Chinka z pewnej firmy. Rozmawiała po angielsku, dosyć uroczy, wręcz dziecięcy głos. Na koniec powiedziała po polsku "do widzenia" i dodała jeszcze dwa razy "lubi ci" - w sensie "lubię cię", tylko problem z wymową. Trochę zaskakujące i nieco dziwne. Z jednej strony fajnie, że nauczyła się kilku zwrotów, ale z drugiej - mówienie komuś, do kogo dzwoni się po raz pierwszy, że się go lubi jest dosyć dziwne. Inna sytuacja - miesiąc temu w Hangzhou spotkałem Chinkę, która studiowała w Polsce. Studiowała 3 lata i wyobraźcie sobie, że nie potrafiła odpowiedzieć na najprostsze pytania "Ile lat w Polsce?", "W jakim mieście?". Na koniec wysiliła się na "dziękuję" i "do widzenia". Domyślam się, że studiowała po angielsku, mimo wszystko będąc w Polsce 3 lata nie nauczyła się kilkudziesięciu słów? Oczywiście nie była to osoba, która ma 40 lat i 20 lat temu studiowała w naszym kraju. Wtedy, rzeczywiście można zapomnieć wielu słów i przy braku praktyki zapomnieć wszystkich zwrotów. To jednak była młoda osoba, więc bardzo się zdziwiłem. To też pokazuje, że Chińczycy bardzo często przebywają we własnym gronie nawet za granicą. Mam znajomych emigrantów, którzy mieszkają w Polsce, Niemczech, Australii, Kanadzie, - o ile są to mieszane małżeństwa, wówczas mają kontakt z lokalną kulturą, osobami z danego kraju. Jeśli jednak jest to typowa, chińska rodzina najczęściej otacza się znajomymi z Chin. Chińscy studenci też trzymają razem. Oczywiście ma to swoje plusy - są bezpieczni, mogą liczyć na pomoc, ale na pewno największy minus to unikanie innej kultury, innego języka czy nawet kulinariów z danego kraju. Są za granicą, ale tak jakby są u siebie, otacza ich chiński język, chińskie jedzenie (to akurat plus w niektórych krajach np. zamiast niemieckich wurstów chińskie makarony/pierożki), a teraz dodatkowo chiński internet/filmy/telewizja. Tak więc zdarza się, że po 2-3 letnim pobycie za granicą, oni niczego się nie uczą o danym kraju.
