Dzienniki z Chin
Pamiętniki, zapiski z życia w Chinach
Chińska firma motoryzacyjna BYD (Build Your Dream) szykuje się na podbój Europy! Te samochody i modelki wynajęte do ich promocji można zobaczyć w mojej galerii zdjęć. Podoba mi się podejście Chińczyków do przemysłu, innowacji, zdobywania rynków. Najpierw 'pożyczyli' (skopiowali, podkradli) pomysły i technologię z USA, Japonii i Europy. Trochę coś zmienią, poprawią albo zepsują, ulepszą, dostosują i sprzedają jako swoje, chińskie. Można się od nich uczyć, gdyby Polakom udało się trochę 'zapożyczyć' technologii z USA, Japonii, Niemiec i wyprodukować coś 'własnego' na tej podstawie. Może to niezbyt etyczne, ale Chiny tak właśnie budują swoją potęgę. Wzorowali się na gotowych wynalazkach i pomysłach, a teraz stosują je jako własny wyrób. Dotyczy to głównie przemysłu motoryzacyjnego, zbrojeniowego, informatyki i telekomunikacji, a także usług informatycznych. Kopiowanie to taka narodowa przypadłość Chińczyków, ale oni wcale nie postrzegają tego jako wadę, a właśnie zaletę! Po prostu bogacą się i nie chodzi już tylko o oficjalne podróbki z metką Nike, Adidas czy logiem Sony, ale właśnie o opanowanie innych technologii i zastosowanie ich do własnych potrzeb.
Teraz cała Polska będzie winić Chińczyków za zerwanie umowy o budowę autostrady A2. Ja patrzę trochę inaczej na całą sytuację. Zastanawiam się kto i jak (po stronie Polskiej) wybrał akurat tą firmę? Co decydowało? Czy w cały przetarg i przygotowanie umów byli zaangażowani ludzie, którzy wiedzą coś o Chinach, mają jakieś pojęcie o chińskich realiach? Prawda jest taka, że wybrano najtańszą ofertę i na pewno nikt jej nie weryfikował. Po prostu z założenia Chińczycy mają pracować dzień i noc, powinni też być najtańsi. Problem w tym, że tego inwestora nikt dokładnie nie sprawdził, bo przecież w przeszłości mieli na koncie jakieś inwestycyjne grzeszki. Poza tym może Chińczycy też nie znali tak naprawdę Polskich realiów, cen paliw, cen najmu maszyn, cen robocizny, które są przecież 2 lub nawet 3 razy większe niż w Kraju Środka. Na pewno ktoś po stronie polskiej powinnien być odpowiedzialny za wybór tej firmy, a także za zerwanie tej umowy, a raczej nieumiejętność jej egzekwowania. Wychodzi teraz na to, że nie mają nawet kontaktu z przedstawicielami firmy. Żałosne! Jak zamawia się długopisy w fabryce to ma się dokładne namiary na dostawcę, telefony komórkowe, emaile, adresy itp. Najwyraźniej Polacy w ogóle się nie zabezpieczyli przed zerwaniem umowy, a teraz po prostu wskażą winnych - Chińczyków. Oczywiście to ich wina, ale dlaczego w ogóle do takiej sytuacji dopuszczamy? Dlaczego nie mamy lepszych negocjatorów? Dlaczego nikt całego kontraktu dokładnie nie sprawdził? Dlaczego rząd i samorządy nie mają żadnego wpływu na chińskiego inwestora? Przecież ktoś wydawał im wizy, pozwolenia, zaświadczenia itp. Nie potrafią ich teraz pociągnąć do odpowiedzialności za zaprzestanie budowy? Bardzo dziwne... bo przecież obcokrajowcy, którzy łamią przepisy, czy wszczynają jakieś bójki mogą być skazani, a w przypadku milionowej inwestycji nie traktuje się tego jako przestępstwo czy wykroczenie?
Słyszałem ostatnio, że w Pekinie powstała szkoła, która ma uczyć "jak znaleźć bogatego męża". Tak sobie myślę, że coraz więcej Chinek radzi sobie w tym temacie bez takiej szkoły! Wiele młodych dziewczyn ma bardziej praktyczne podejście - nie musi być to wielka miłość, nie musi być bardzo przystojny, ale jak ma mieszkanie i samochód to już dobry początek. Rodzina też szybko akceptuje takiego narzeczonego - nie ważne czy jest starszy o 10 czy 20 lat, czy ma kochanki, czy w ogóle jest miły dla wybranki, ważne żeby dziewczynie i jej rodzinie zapewnił dostatnie życie. Znam nawet taką matkę, która chętnie odda córkę jakiemuś bogatemu, nie zważa na to, co czuje córka. W nowoczesnych Chinach wiele kobiet patrzy na zawartość portfela swojego mężczyzny. Nie musi być już wodzem rewolucji, czy oddanym komunistą, jeśli ma kasę i jakieś układy to przyszłość jest bezpieczna.
Gdyby w Polsce były takie apteki jak w Chinach to emeryci nie musieliby tyle przesiadywać u lekarza, żeby sobie pogadać. Wyobraźcie sobie sklep farmaceutyczny wielkości Biedronki, a tam leki lokalne, zagraniczne, akcesoria medyczne, sprzęt rehabilitacyjny, urządzenia do masażu i akupunktury, a także zioła i medycyna tradycyjna. Oj, byłoby co robić! A przy każdej półce dwie dziewczyny z obsługi, zawsze chętnie doradzą i namówią na droższy preparat. Apteki w Chinach są naprawdę wielkie i warto je odwiedzić jako taką ciekawostkę, nawet w czasie wyjazdu turystycznego po Azji.
W Shenzhen budują teraz taki wielki, piękny szpital z widokiem na morze. Ogromny gmach powstaje w okolicach HongShuLin (Red Jungle) z widokiem na zatokę i granicę z Hong Kongiem. Ja się już śmieję z tego, że szpital może się posługiwać hasłem reklamowym "śmierć z widokiem na zatokę", "umieraj w przyjemnych warunkach", "najlepsze pokoje, najlepszy widok przed śmiercią". Shenzhen to młode miasto, ale już teraz szpitale są przepełnione - ludzie (bez ubezpieczeń, płacąc często gotówką) stoją w kolejkach do specjalistów. Są to zwykle młodzi ludzie, dziewczyny czekają do ginekologów (zwykle w ciągu dnia w jednym dużym szpitalu przyjmuje nawet 8-10 lekarzy danej specjalizacji), młodzi robotnicy czekają do chirurgów, wiele osób ma problemy z żołądkiem, trawieniem. W dużych miastach pograsza się stan zdrowia wielu Chińczyków, główny wpływ na to ma stres, ciężka praca, coraz gorsze jedzenie, brak ruchu, zanieczyszczenie. Pozornie życie jest fajne, ale jak tylko zaczną się problemy ze zdrowiem to jest ciężko. Wtedy albo ma się sporo pieniędzy (tylko dobre firmy oferują ubezpieczenia pracownikom, trzeba też być oficjalnie zameldowanym w danym mieście), albo ma się jakieś znajomości wśród lekarzy. Ogólnie jednak coraz częściej mam wrażenie, że lekarze nie chcą w niczym pomóc. Zdarza się, że są agresywni, niczego nie tłumaczą, a pacjenta traktują jako kolejny numerek, w pokojach (nawet u ginekologa) potrafi na raz przebywać 5-6 obcych sobie osób! Pacjenci często powracają z tym samym problemem i płacą za te same lekarstwa, które nic im nie dają tak naprawdę. Szpitale to po prostu dobry biznes i stały dochód. System jest sprawny - rejestracja i płatność za wizytę na wejściu, karty z danymi pacjenta, wyświetlacze w poczekalniach z imionami, połączony system komputerowy (mają dostęp na przykład do wyników badań krwi z innego szpitala w tym samym mieście), na koniec seria płatnych badań i recepty. Recepty są już w komputerze i po odejściu od kasy idziemy obok po odbiór leków, które są już dla nas przygotowane w małym koszyczku. Wydajemy tak w jeden dzień około 60 PLN (przy anginie na przykład) lub jakieś 120-150 PLN przy poważniejszych problemach. W portfelu mniej, a gwarancji zdrowia nie ma. W przypadku komplikacji szpitale czekają, tam na dzień dobry daje się około 500-2000 PLN depozytu zależnie od schorzenia i czasu hospitalizacji! Dlatego powstaje już teraz taki piękny, potężny szpital z widokiem na morze, klientów im nigdy nie zabraknie!
