Dzienniki z Chin
Pamiętniki, zapiski z życia w Chinach
Niektórzy Polacy, czy w ogóle obcokrajowcy wizytujący Chiny często traktują tłumy ludzi, tłok na ulicach jako rozrywkę. Idąc na zakupy czy do zatłoczonego parku w weekend fajnie jest porobić sobie zdjęcia i mieć tysiące Chińczyków jako tło. W końcu jest się w Kraju Środka - najbardziej zaludnionym państwie (razem z Indiami). Kilka dni przeciskania się w tłumie nikomu zbytnio nie przeszkadza, jest to taka atrakcja w Szanghaju, Guangzhou, Hong Kongu czy Shenzhen. Gdyby jednak popatrzeć na to inaczej... gdyby mieszkać tutaj dłużej, przez rok czy dwa lata, albo na stałe. Takie tłumy strasznie męczą! Dochodzi nawet do tego, że lepiej w ogóle z domu nie wychodzić, a zakupy robić w określonych godzinach. Nie warto też chodzić do żadnego parku miejskiego w sobotę czy niedzielę, bo zostaniemy zadeptani! Przekonałem się o tym po raz kolejny odwiedzając sławny park w Guangzhou - YueXiu.
Zastanawiam się, dlaczego w Polsce (w stosunku do Chin) tak wolno buduje się autostrady i wieżowce? Brakuje nam finansów? Brakuje ludzi do pracy? Nie mamy technologii? Nie mamy ochoty, zapału do pracy? Naprawdę nie wiem, ale zadziwia mnie, jak rosną wieżowce w chińskich miastach. Mają naprawdę ogromne żurawie, stosują tradycyjne bambusowe rusztowania, nie przejmują się przepisami BHP, często pracują bez zabezpieczeń na wysokościach 200-400 metrów. Dlaczego budują tak szybko? Dlaczego nam to idzie tak opornie? Może chodzi o ilość rąk do pracy, o niższe pensje, o brak ubezpieczeń i brak przepisów o bezpieczeństwie pracy, a także nieco gorszą jakość wykończeń i na pewno tańsze materiały?! Poza tym chodzi też o wsparcie władz, czy to centralnych z Pekinu czy lokalnych. Na pewno w Chinach pieniądze nie stanowią problemu jeśli chodzi o inwestycje w drogi i architekturę miast. Martwi mnie trochę ta prędkość budowy i rozwoju. Słyszałem, że Chińczycy planują coraz większe inwestycje w Polsce!
W tej chwili, w dniach 3-5 kwietnia trwa "święto sprzątania grobów", zwane także Qingming Festival. W różnych częściach Chin to święto jest inaczej traktowane. Uogólniając - chodzi głównie o sprzątanie grobów przodków, a także przynoszenie darów. Szczególnie w prowincji Guangdong bardzo ważne są sztuczne pieniądze, a także wycinane z papieru domy, samochody, a nawet służący. Wszystkie te symbole należy spalić, mają one zapewnić dostatnie życie w zaświatach. Bardzo często przynosi się też dary w postaci owoców, wina. Zależnie od wyznania rodziny modlą się za bliskich lub też organizują różne obrządki wywodzące się z lokalnych wierzeń. Święto to jest bardzo zróżnicowane zależnie od lokalizacji. Na przykład w miastach takich jak Shenzhen, gdzie większość stanowią przyjezdni młodzi ludzie nikt się tymi obrządkami nie zajmuje. Ludzie mają po prostu kilka dni wolnego, chodzą do parku, na zakupy, nad morze, puszczają beztrosko latawce... Groby i cmentarze znajdują się daleko poza miastem, więc nic za bardzo nie przypomina o tym święcie.
Wspominałem kiedyś o mojej znajomej, która chciała wyjść za mąż 'na szybko'. Skontaktowała się ze swoim byłym chłopakiem przez internet i tak się jakoś zaręczyli. On, Chińczyk mieszka tymczasowo w Kanadzie. Tak samo szybko jak się pobrali, tak szybko zdecydowali się rozwieść. Ponieważ on był zagranicą - nie tak łatwo zaaranżować rozwód na odległość. Teraz jednak wszystko się udało. Dostarczyli jakieś oświadczenie potwierdzone przez Ambasadę Chińską w Kanadzie. Oczywiście samo oświadczenie niczego nie zapewniało, ale... sędzia zajmujący się sprawą to jakiś znajomy koleżanki tej dziewczyny. Telefonicznie potwierdził z tym chłopakiem, że chce się rozwieść i załatwił im to. Opłata za rozwód 150 RMB, czyli jakieś 68 PLN. Zdziwiło mnie, że ten urzędnik w ogóle się tym zajmował, do tego telefonicznie?! Później okazało się, że to właśnie dzięki znajomościom. I tak to w Kraju Środka funkcjonuje - albo łapówki, albo układy. Gdyby prosty człowiek poszedł z prośbą o rozwód, a drugiej połówki nie byłoby w Chinach nawet, nie wydaje mi się, aby w ogóle tym się ktoś zajął.
Zawsze miałem złą opinię na temat Guangzhou, ale ostatnio trochę się to zmieniło. Wydaje mi się, że rok temu Kanton znacząco się poprawił - chodziło głównie o organizację Asia Games 2010. Ostatnio byłem trzy razy na deptaku ShanXia Jiu, bardzo ładnie odnowili tam kamieniczki, są fajne sklepiki, dosyć przyzwoita odzież i bardzo dobre ceny. Są też fajne azjatyckie i europejskie restauracje. Wieczorem wracałem taksówką do hotelu w okolicach centrum - park YueXiu. Miasto wyglądało bardzo ładnie - oświetlone budynki, duże restauracje, ładne hotele, jakieś bary, zieleń przy drogach. Nawet przypominało mi trochę Szanghaj. Przyznam, że kiedyś Guangzhou traktowałem jako najgorsze miasto - brudne, zaniedbane, wręcz cuchnące ciasne ulice. Jeździłem tam tylko z przymusu i nigdy nic mnie nie zachwycało, aby tam wracać czy robić dużo zdjęć. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze okropny ruch uliczny i piętrowe skrzyżowania. Oczywiście całego miasta nie przebudowano, ale jakby zostało lepiej podane, zapakowane. Chodzi głównie o zieleń, oświetlenie, diody, odrestaurowane kamienice kolonialne, ładne nabrzeże Rzeki Perłowej i fajne restauracje z owocami morza. Guangzhou ma swój urok, ale trzeba wiedzieć gdzie jadać i gdzie chodzić na zakupy!
