Dzienniki z Chin
Pamiętniki, zapiski z życia w Chinach
Ostatnio wybraliśmy się z żoną w jej rodzinne strony, prowincja Hunan. Spędziliśmy trochę czasu na wsi z jej rodzicami, odwiedziliśmy wujków, dziadka. Było ciekawie. Pomimo wielu różnic kulturowych, językowych (zupełnie inny dialekt), a nawet różnic jedzeniowych potrafimy się świetnie porozumieć i zachowujemy się jak rodzina. Mogliśmy przez te kilka dni zaobserwować pewne zmiany zachodzące na wsi, poznaliśmy niektóre sekrety, posłuchaliśmy różne plotki i ciekawostki. Niestety nie było tam internetu, ale wpisy do dziennika zapisałem wcześniej i teraz kilka z nich opublikuję.
Miałem okazję jechać ostatnio szybkim pociągiem z Guangzhou do YueYang. Parę lat temu, jadąc zwykłym pociągiem podróż trwała dokładnie 12 godzin. Teraz trwa 3 godziny! Pociąg jedzie maksymalnie 350 km/h, średnia prędkość około 270 km/h. Co ciekawe zbudowano całą nową infrastrukturę, ta linia nie ma w ogóle związku ze starą siecią kolejową. Zbudowano nowe, ogromne i naprawdę zachwycające dworce. Stacja Południowa w Guangzhou wygląda lepiej niż jakiekolwiek lotnisko w Polsce! Oczywiście w galerii zaprezentuję zdjęcia. We wszystkie te innowacje zainwestowała kolej, ale nie oznacza to, że pasażerowie jeżdżą za darmo! Tutaj kolej jest rentowna, a ludzie płacą dosyć dużo za bilety. Podróż z Guangzhou do YueYang (około 850 km) super-szybkim pociągiem (300-340 km/h) kosztuje w przeliczeniu 200 PLN. Podróż z Guangzhou do Shenzhen (około 100 km) szybkim pociągiem (160-210 km/h) to wydatek 40 PLN. W Polsce przywyknęliśmy do tego, że kolej jest nierentowna, trzeba ją utrzymywać i do niej dopłacać. A gdyby tak zainwestować w nowoczesny tabor, skrócić podróż z Krakowa nad morze do 3 godzin, zapewnić pasażerom bezpieczną podróż, komfortowe pociągi i nowoczesne i czyste dworce, czy wtedy kolej byłaby rentowna, czy byłoby więcej pasażerów?! Na pewno tak, nie tylko z Polski, ale z całej Europy! No, ale my oczywiście nie mamy nawet pieniędzy, by w cokolwiek inwestować! A Chiny miały nadwyżki stali i innych materiałów, który nie były eksportowane poza granice kraju i tak powstała szybka kolej.
Pierwsza informacja z wioski w Hunan dotyczy dealerów narkotyków! Zaskakujące, prawda? Kto był w Chinach ten wie, że narkomania nie jest powszechnym problemem. Dotyczy raczej prowincji i większych miast, nie widać wielu narkomanów, a już na pewno nie chodzą po ulicach czy dworcach. Okazuje się jednak, że niektórzy ludzie, nawet na wsi zarabiają ogromne pieniądze na handlu narkotykami. W sąsiedztwie domu moich teściów pewna rodzina wybudowała wielki dom, wejście w klasycznym stylu ze złotymi kolumnami, wielkie okna, mozaika na ścianach, wysokie piętro. Jak się okazuje zarobili te pieniądze właśnie na sprzedaży nielegalnych używek. Teoretycznie za taki proceder grozi kara śmierci. Wszyscy sąsiedzi, a nawet rodzina wiedzą o ich profesji. Policja pewnie też o tym wie, ale zapewne system ochrony i łapówkarstwa świetnie tutaj funkcjonuje. Gość był już aresztowany i właśnie groziła mu kara śmierci, ale się od tego wykupił. Właściciel nowego domu chciał zaprosić rodzinę na coś w stylu naszej parapetówki, ale rodzina go zignrowoała, po prostu wstydzą się kryminalisty w rodzinie.
Inna sąsiadka w wioce w Hunan nie może być zbyt dumna ze swojej córki. Dziewczyna wyszła za mąż, z wybrankiem przeprowadzili się gdzieś do prowincji Guangdong. Mają dziecko. Po pewnym czasie ta dziewczyna poznała innego mężczyznę, bogatszego. Nie rozwiodła się z mężem, ale zamiszkała z kochankiem. Później zabrała też swoje dziecko. Facet płaci jej w przeliczeniu około 1500 złotych miesięcznie i ją w ten sposób utrzymuje. Oczywiście mąż o wszystkim wie, a czasem nawet korzysta z pieniędzy, które otrzymuje jego żona-kochanka-utrzymanka.
Niedawno spotkaliśmy ciekawego człowieka w autobusie w Hong Kongu. Jechaliśmy tylko parę przystanków, ale to wystarczyło na nową przygodę! Do drzwi podeszło dwóch mężczyzn, jeden z nich wyglądał na jakiegoś wariata. Drugi około 45 lat, szczupły, w okularach. Podszedł do naszych siedzeń i się uśmiechał, gdy nasz wzrok się spotkał odezwał się:
- Jak się masz?
- Dobrze, dzięki - odpowiedziałem.
- Skąd jesteś?
- Z Polski.
Po chwili zastanowienia zadał kolejne pytanie:
- Jesteś chrześcijaninem?
Odpowiedziałem, że tak. Chińczyk powiedział, że sam też jest liderem jakiegoś kościoła. Gdy dowiedział się jeszcze, że mieszkam w Shenzhen zaczął mówić po mandaryńsku, a po chwili ku naszemu zaskoczeniu zaczął śpiewać i wymachiwać rękoma. Robił takie różne fale, gestykulował i śpiewał coś po chińsku o szczęściu, które jest wszędzie, bo jest jak kwiatek. Atmosfera siadła, a my z żoną zaczęliśmy to komentować po polsku. Ogólnie była to ostra jazda. Piosenka trwała chyba dwie minuty, a autobus jak na złość stanął w korku. Później znów wrócił do tematu religii: - Jak długo wierzysz w Jezusa? Powiedziałem mu, że długo, od urodzenia, że u nas religia to tradycja, że wierzymy w Chrystusa już ponad tysiąc lat. Później nasz zwariowany pasażer autobusu zaczął znowu coś opowiadać po angielsku, ale go już za bardzo nie rozumiałem i nie słuchałem, a moja żona była w szoku po jego piosence. Mówił coś o młodych biznesmenach itp. Ostatecznie autobus podjechał pod przystanek i gość pożegnał się z nami podając rękę i wysiadł. Jak widać czubków można wszędzie spotkać! Nie naśmiewam się z jego religii, jego pytań, bo przecież można z każdym pogadać, ale ta piosenka - trochę przesada!
