Dzienniki z Chin
Pamiętniki, zapiski z życia w Chinach
Uśmiałem się, bo sprawdzałem risotto w internecie i widzę "KUCHNIA CHIŃSKA - RISOTTO Z WARZYWAMI I SZYNKĄ". Po pierwsze to w ogóle nie jest chińskie danie! Włoskie - oczywiście. Po drugie w Chinach w ogóle nie ma pojęcia szynki, czy wędliny! Chińczycy nazwaliby to "DZIWNY, ROZGOTOWANY RYŻ Z JAKIMŚ BLIŻEJ NIEZNANYM MIĘSEM I WARZYWAMI". Jeśli dania chińskie to YANGZHOU CHAO FAN. Polecam! Jest to ryż (wcześniej ugotowany na sypko) później podsmażony i wymieszany z groszkiem, kukurydzą, marchewką, krewetkami lub drobno pokrojonym mięsem, odrobiną zielonych warzyw (może być sałata), do tego dodane wcześniej wysmażone jajko. Typowo chińskie danie, nie-risotto!
Wczoraj po dłuższej przerwie wybrałem się do Hong Kongu. Kupiłem nowy obiektyw Sigma 70-300 do Nikona, taki sam jaki używam już w analogowym Pentaxie. Dokupiłem też lampę, bo dosyć mam niedoświetlonych zdjęć i podnoszenia ISO do 800 i wyżej. Jak tylko opanuję obsługę lampy to pojawią się nowe zdjęcia. Zainwestowałem w aparat cyfrowy, bo widzę, że wywołanie filmów wygląda coraz gorzej i niestety odchodzi do lamusa. Ale nic przecież nie zastąpi dźwięku przewijanego filmu po kolejnej klatce, żaden cyfrowy aparat nie będzie tego imitował. Chciałem też kupić telefon, ale okazało się, że w Hong Kongu telefony nie są już takie tanie i cenowo wygląda to podobnie z Shenzhen, czyli tak samo jak w Polsce, niewiele taniej.
Radio ZET podało, że Chińczycy będą bojkotowali markety Carrefoura za to, że popierają oni Tybetańczyków. Ponoć wysłali SMSy na chińskie telefony, aby od maja nie robić tam zakupów. Nie wiem ile w tym prawdy, bo ja, moja żona czy moi znajomi nie dostali takiego SMSa. Mimo wszystko to nawet lepiej, niech bojkotują, nie będę musiał w kolejkach stać do kasy! A Carrefour w Chinach jest całkiem przyzwoity, bo jest sporo importowanych produktów i są dosyć przyzwoite ceny.
Byłem na targach bielizny w Shenzhen. Targi to nic specjalnego i nic nowego w tej branży, ale chodziło bardziej o modelki i zdjęcia. Okazło się jednak, że w ostatni dzień pokazów bielizny będzie niewiele, było za to wielu fotografów. Na trzy modelki przypadło jakiś dwustu gości z aparatami i telefonami-foto :-). Ja jak na złość nie miałem lampy, zdjęcia wyszły kiepskie, nie mogłem nawet patrzeć w wizjer, wszystko robiłem na wyczucie z ręki, ponad głowami kilku osób, które stały przede mną. Bielizna nie była zbyt modna, niektóre wzory naprawdę staroświeckie, ale oczywiście Chińczykom puszcza się bajer, że to jest francuska albo włoska kolekcja (produkowana w Chinach oczywiście). Ceny takiej bielizny to zwykle połowa pensji robotnika chińskiego. Jakość w miarę, ale nic specjalnego, a wzory chyba z dwudziestolecia międzywojennego. Żałuję, że nie byłem tam w pierwszy dzień, bo były profesjonalne modelki, kilka różnych pokazów i nawet jakaś aktorka z Hong Kongu.
Wczoraj ożeniłem się po raz drugi! Podczas przedstawienia w skansenie Splendid China zostałem porwany z tłumu widzów. Przebrano mnie w kapelusz słomiany, dostałem jakieś futro na plecy i strzelbę. Poczęstowano mnie kieliszkiem chińskiej wódki, a gdy chwyciłem kielich i krzyknąłem do widzów po chińsku: "Na zdrowie - ganbei", wszyscy się ucieszyli. Później pobiegliśmy z moim "opiekunem" ze sceny na zaplecze. Tam przedstawiono mi piękną, młodą dziewczynę w tradycyjnym chińskim stroju - "To twoja żona". Bardzo się ucieszyłem, nie mogłem się uskarżać. Przebrano mnie w strój weselny. Wyszliśmy razem, żonę zasłonięto czerwoną chustą. Poprosili, abym ją odsłonił. Ona oczywiście odepchnęła moją rękę. Powtórzyła to raz jeszcze, a ja krzyknąłem po chińsku: "Dlaczego!? Nie kochasz mnie". Widzowie wybuchnęli śmiechem. Ostatecznie zaloty zostały przyjęte i tańczyliśmy razem na moim weselu. Na koniec zaprowadzono mnie na zaplecze, dostałem drobny upominek i zabrano mi tradycyjne ubranie nowożeńców. Spojrzałem raz jeszcze na swoją "wybrankę" i powiedziałem "Teraz jesteś moją żoną". Młoda artystka tylko się uśmiechnęła. Wszystko wydarzyło się w pokazowej wiosce mniejszości Yi, skansen Splendid China w Shenzhen. Niestety akt małżeństwa nie był prawomocny, ale około pięćdziesięciu widzów ubawiło się moim kosztem. A ja dałem z siebie wszystko, aby rozkręcić to wesele i nawiązać kontakt z publicznością. Działo się, działo...
