Dzienniki z Chin
Pamiętniki, zapiski z życia w Chinach
W Chinach kupno auta nie stanowi już żadnego problemu. Ceny modeli wyprodukowanych w Europie są oczywiście znacznie wyższe ze względu na cło - Chiny promują własny przemysł samochodowy. Mimo to wielu mieszkańców Kraju Środka jeździ Mercedesami, BMW, Audi, czy nawet Jaguarami, Ferrari i Maseratti. Dla klasy średniej posiadanie jednego lub dwóch aut to już nie marzenie, ale standard. Pojawił się jednak inny problem - w dużych miastach, gdzie korki i smog stanowią poważny problem często ogranicza się lub nawet wstrzymuje wydawanie nowych numerów rejestracyjnych. Znajoma kupiła nowego VW Golfa za około 80000 PLN (w przeliczeniu). Może trudno w uwierzyć, ale uzyskanie tablic rejestracyjnych kosztowało ją dodatkowe 13000 PLN! Mieszka w Guangzhou i uczestniczyła w internetowej aukcji, gdzie można uzyskać numery dla auta. Nie można tych numerów sprzedawać, zamieniać czy rejestrować nowe auto i zachować stare numery. W licytacji nie widziała, jaka jest kwota minimalna i maksymalna, sama decyduje ile moża zaoferować za nowy numer rejestracyjny. Okazało się, że dzięki kwocie 27000 RMB udało jej się wygrać licytację. Śmiałem się, bo powiedziałem jej, że za taką kwotę wiele osób w Polsce po prostu kupuje auto. Chińczycy tak szybko się bogacą, że władza bardzo często nakłada różne kary, opłaty dodatkowe itp. Dotyczy to właśnie samochodów, nowonarodzonych dzieci (to się powoli ma zmienić), miejsc zameldowania, dostępu do szkół itp. Nie mówię tu nawet o łapówkach, ale oficjalnych opłatach. Co ciekawe to Chińczycy dosyć pokornie do tego podchodzą i płacą, nie buntują się - czyli po prostu stać ich na te opłaty.
Większość dwudziestolatków i trzydziestolatków w Polsce miała do czynienia z Lego i innymi zabawkami tego typu. Ludzie wiedzą mniej więcj co kupić swoim dzieciom i jak się tym bawić, dziadkowie też sobie jakoś z tym radzą. W Chinach jest inaczej, bowiem większość trzydziestolatków dorastała w ubogich warunkach - w najlepszym wypadku mieli książki, zeszyty, długopisy, czasem jakieś drobne zabawki. Ogólnie jednak pojęcie "zabawek" w Kraju Środka było obce. Dwudziestolatkowie żyli już w lepszym okresie, ale zabawki nie były tak ogólnodostępne, w zasadzie nie było nawet sklepów z zabawkami, a to co było produkowane to głównie eksport. Dlatego teraz chińskie mamy i ojcowie nie radzą sobie z wyborem zabawek i z ich obsługą. W zasadzie uczą się tego razem z dziećmi i bawią się z nimi, bo sami nie mieli takiej okazji. Co prawda posługują się I-Phonami, ale założenie kasku na ludzika Lego to już bardziej skomplikowana czynność ;-). Pewien znajomy popsuł też dosyć szybko auto zdalniesterowane synka, bo nie wiedział, jak je obsługiwać. Niektórym włożenie baterii do zabawki też sprawia trudność. Oczywiście z nikogo się nie naśmiewam, ale te różnice pokoleniowe w kwestiach technologii i zabawek są niebywałe. Co mają powiedzieć dziadkowie tych wnuczków, którzy mają teraz praktycznie wszystko? Widziałem jak dziadkowie po prostu dają zabawki maluchowi i zostawiają go z tym "problemem", bo sami nie wiedzą jak się bawić. Nie mówię tu tylko o jakiś robotach czy konsolach, ale o zupełnie prostych zabawkach dla niemowlaków, niektórzy dziadkowie nie wiedzą nawet jak się angażować w zabawę. Tak więc teraz chińskie maluchy mają wszystko, ale nie mają odpowiednich kompanów i nauczycieli zabaw wśród dorosłych.
Rozpoczął się Rok Konia! Już nie będę jak co roku pisał o tradycjach, jedzeniu, symbolice itp. Chciałem tylko zwrócić uwagę na jedną rzecz... Chińczycy bardzo często w ten dzień życzą sobie - dużo pieniędzy! Wręczają sobie także czerwone koperty z gotówką w środku. Przyznam, że z roku na rok te koperty stają się coraz grubsze. Społeczeństwo się bogaci! Problem w tym, że jak komuś się gorzej wiedzie i nadchodzi Nowy Rok to musi się przygotować na większe wydatki i kredyty. Jeśli w rodzinie jest nowonarodzone dziecko lub są nowożeńcy to wszyscy wujkowie, ciotki, kuzyni wręczają im koperty na Nowy Rok. Poprzeczka wartości tych kopert jest coraz wyższa. Na początku, gdy byłem tu pierwszy raz rodziny wręczały sobie 50-100 RMB (25-50 PLN). Teraz zaczynają szaleć, bo standardowe kwoty to 500-800 RMB, a zdarzają się nawet tysiące. Jeszcze trochę to zmienią tradycję i zamiast kopert będą czerwone walizki! Ha ha! Ucieszyliby się producenci walizek. Ogólnie chodzi mi o to, że z jednej strony ludziom się dobrze powodzi, z drugiej trochę im uderza do głowy. Mam znajomych, którzy się zmienili przez pieniądze, są inni, niby bardziej światowi, ale też zarozumiali. Czasami mam wrażenie, że zapominają o innych - o wyzysku, o biednych prowincjach, o sile roboczej, której ciężko się żyje w dużych miastach, są drugą kategorią ludzi. Czasami te życzenia "pieniędzy", ten cały materializm, to porównywanie się, prześciganie staje się męczące i trudno mi to zrozumieć. Pieniądze warto mieć, ale jednak zdrowie i szczęśliwa rodzina są najważniejsze!
Znowu długo się nie odzywałem, trochę nadmiar obowiązków. Poza tym święta, a to też dodatkowe obowiązki, mało odpoczynku. Nasza dobra znajoma wychodzi za mąż - wspominałem o tym, narzeczony mundurowy. Co ciekawe jej rodzina jest dosyć liberalna, powiedziałbym nawet, że anty-komunistyczna. No, ale córka się starzeje, kandydatów mało, więc może być i wojskowy. Zadziwiła mnie za to inna informacja. Siostra tego wojskowego zaproponowała, że ona wyłoży 1 milion RMB (w przeliczeniu około 500 tysięcy złotych) i niech rodzina panny młodej wyłoży drugie tyle na PRZYJĘCIE ŚLUBNE! Rozumiecie, 1 milion złotych na organizację przyjęcia? Krew mnie zalewa, jak pomyślę sobie o tych ludziach na wsi, którzy żyją za 5 RMB dziennie, albo te ubogie szkoły, wiejskie przychodnie. A tutaj ludzie chcą wyłożyć milion na przyjęcie. W Chinach nie ma nawet wesel, nie ma orkiestry, nie ma tańców, jest obiad, jakieś zabawy, loterie, toasty itp. Czyli jak wydać ten milion w jeden dzień? Gości możnaby dowozić helikopterami, wynająć całe piętro w najdroższym hotelu, zatrudnić setkę hostess, jedzenie sprowadzić z Japonii, Korei, Francji i Włoch, kupić 100 telewizorów LED i zrobić loterię dla gości, pić tylko francuskiego szampana... i tak jeszcze zostanie sporo kasy... nie wiem, ludzie są chorzy. Biorąc pod uwagę koszty usług w Chinach to naprawdę nie wiem, jak wydać takie sumy na jedno przyjęcie. Rodzina panny młodej na szczęście się na to nie zgodziła.
Może trudno w to uwierzyć, ale 'sprzątanie mieszkania' to raczej obce pojęcie w Chinach. Zresztą wygląda to podobnie w przypadku biura, biurka itd. Nie ma po prostu zwyczaju sprzątania, układania rzeczy, odkładania na miejsce, wycierania kurzy, mało kto używa odkurzaczy. Oczywiście są ludzie, którzy bardziej dbają o czystość, są też fleje. Ogólnie jednak ludzie nie przywiązują takiej uwagi do czystości, jak u nas. Wynika to z prostego faktu: wiele osób pochodzi ze wsi, a tam życie jest skromne, czasem oprócz zwykłych stołów i krzeseł nie ma wielu mebli - więc gdzie wycierać kurze? Nie ma też pięknych podłóg tylko beton, klepiska. Po co odkurzacz? Mopy? Dopiero w mieście to się trochę zmienia, ale nie spotkałem jeszcze typowo chińskiej rodziny, która miałaby odkurzacz czy płyn do wycierania kurzy, mycia podłóg itd. Oczywiście są wyjątki, których może nie znam... Nie twierdzę, że Chińczycy nie dbają o czystość, tylko po prostu nie mają 'know-how' w kwestii porządków. Często też korzystają z pomocy sprzątaczek, firm sprzątających, bo te mają wiedzę, umiejętności i chemię, która działa cuda i chińskie mieszkania lśnią. Zdarza się też często, że jest gospodyni i otaczają ją warstwy kurzu, ogólny bałagan i tak jest w domu i na przykład w biurze, gdzie pracuje.
