Dzienniki z Chin
Pamiętniki, zapiski z życia w Chinach
Może trudno w to uwierzyć, ale w Chinach są ludzie, którzy nigdy nie opuszczali nawet swojej wioski. Nie mówię tu wyłącznie o jakiś terenach górskich, poza cywilizacją, ale o zwykłych wioskach w prowincji Hunan czy Jiangsu. Dotyczy to najczęściej starszych ludzi, ale też ludzi w średnim wieku. Ich życie jest bardzo proste, a świat kończy i zaczyna się w obrębie ich wioski. Wynika to też trochę z pewnych przepisów z niedalkiej przeszłości. Często ludzie ze wsi nie mogli tak po prostu wjechać do miast, do specjalnych stref ekonomicznych, musieli dysponować odpowiednimi dokumentami. Pamiętam jeszcze w 2003 roku auto z Changzhou nie mogło po nas przyjechać do Szanghaju. W Shenzhen autobusy z zewnątrz były też sprawdzane przez wojskowych, Chińczycy musieli okazać dowód z adresem miejskim lub inny dokument potwierdzający ich celowość pobytu w tej metropolii. Między innymi dlatego ludzie nie mieli nawet zwyczaju 'pchać się' do miasta. Obecnie nie ma już takich ograniczeń (poza pobytem na stałe, meldunkiem), ale wielu starszych ludzi nie potrafi czytać, nie wiedzą co to metro, mylą autobusy i po prostu gubią się poza granicami rodzinnej wsi. Sam miałem okazję obserwować, jak starsza pani chciała wrócić autobusem i pędziła na przystanek w kierunku, z którego przyjechała. Dla niej było to niezrozumiałem, że powinna iść na drugą stronę ulicy.
W Chinach teoretycznie urlop macierzyński trwa około 3,5 miesiące. W praktyce bywa różnie. Tydzień temu znajoma urodziła drugie dziecko, wyczekiwany synek, wcześniej była córka. Dla rodziny jej męża i dla jej rodziców to ważne wydarzenie. Nadal trwają w tradycji, że posiadanie syna ma ogromne znaczenie dla całej rodziny i jej przyszłości. Wracając do tematu urlopów macierzyńskich... znajoma praktycznie trzy dni po porodzie odpisywała już na służbowe emaile i w zasadzie pracowała w domu. Dzieckiem tradycyjnie opiekują się głównie dziadkowie. Wyobrażam sobie jak tylko dziecko przychodzi na świat, odstawia je się do babci i bierze laptopa na kolana... świat zwariował! Rodzicielstwo w Chinach jest bardzo nietypowe. Tak jak pisałem kiedyś - nowi rodzice potrafią dziecko zostawić tysiące kilometrów od siebie (w domu dziadków) i wracają po prostu do pracy w jakiejś fabryce, firmie w innej części Chin. Inna opcja to szkoły i przedszkola z internatem, tam dzieci widują rodziców raz lub dwa razy w roku, straszne. Skąd mają brać wzorce? Pewnie z telewizji ;-).
Spotkałem w Chinach różnych ludzi i mam wrażenie, że dzielą się na świadomych i nieświadomych tego, w jakim kraju i jakim systemie żyją. Ci świadomi na przykład z Hong Kongu mają dostęp do wolnych mediów, wiedzą co to Tiananmen, jak wygląda sytuacja Tybetu itp. Oczywiście w Chinach też są wykształceni ludzie, którzy często podróżują po Świecie i oni też są świadomi tego, jak funkcjonują Chiny. Najczęściej są to jednak ludzie zamożni, karierowicze i im ten system w niczym nie przeszkadza. Poza tym wszyscy mają wszczepiony ogromny patriotyzm, czy wręcz nacjonalizm - widać to na przykład w czasie anty-japońskich demonstracji. I oczywiście jest ogrmona, największa grupa ludzi nieświadomych. Im wystarczy, że mają więcej jedzenia niż w latach 50-tych, mają możliwość uzyskania małych emerytur, a tym młodszym wydaje się, że praca i pieniądze to wszystko, co człowiekowi potrzebne do szczęścia... i tak nieświadomie funkcjonują jak te trybiki w machinie państwa totalitarnego. W Chinach jest zbyt wiele niesprawiedliwości, a to co wychodzi na jaw szybko się cenzuruje. Wszystko zamiata się pod dywan, a na tym dywanie stoją bogaci Chińczycy, wielomilionowa partia komunistyczna i nowoczesna gotowa na wszystko armia.
Trwa wizyta delegacji polskiej w Chinach z marszałek Sejmu Ewą Kopacz na czele... Wydaje mi się, że na takie rozmowy, negocjacje, plany współpracy, wspólne inwestycje Polska spóźniła się o jakies 10 lat. Za długo odizolowaliśmy się od Chin i byliśmy obrażeni na cały Kraj Środka: te sławne bojkoty Olimpiady, nasza 'opieka' nad Tybetem i zaproszenia Dalejlamy. U Chińczyków mamy dużo minusów. Teraz nasi politycy widząc szansę w Chinach próbują się podlizywać. A władzy chińskiej zbytnio na tym nie zależy, bo ani premier ani prezydent nie spotykają się z polską delegacją! Media chińskie w ogóle o tej wizycie nic nie mówią. Ważniejsza jest wizyta Xi Jinpinga na Kostaryce i w Meksyku, później USA. Może zabrzmi to nieprzyjemnie, ale Polska to trzeciorzędny partner dla Chin. Im zależy na biednych państwach afrykańskich - gdzie są różne złoża, zależy im na współpracy z Niemcami, Francją - gdzie są duże rynki zbytu i import idzie sprawniej niż w Polsce. Poza tym nasz system prawno-podatkowy jest zbyt zawiły i znam już przypadki firm chińskich, które uciekły z Polski lub znacznie ograniczyły swoją działalność. Zbyt długo byliśmy obrażeni na Chiny, żeby teraz nagle budować świetne partnerstwo i przyjaźń - tak ja to oceniam. Oczywiście powoli to się zmienia, chociaż cały świat robi doskonałe interesy w Kraju Środka, a my ciągle o tych prawach człowieka, o komuniźmie. "Polska Chrystusem narodów" - tak musimy zbawić Chiny, nawet jeśli pogłębi to nasz kryzys gospodarczy! Walczmy o wolny Tybet, odłączmy Tajwan, niepodległość dla Mongolii Wewnętrznej, Ujgurom też się coś należy! Ironizuję oczywiście, chodzi mi tylko o to, że często pakujemy się w nie swoje sprawy. Idee są piękne, ale czy słuszne w obliczu bezrobocia, kryzysu w Polsce, bankructwa wielu małych i średnich firm?!
Dostałem kilka dni temu jakiegoś emaila promocyjnego od chińskiego dostawcy z Shenzhen, chodziło o jakąś elektronikę użytkową. Był to jakiś grupowy email, ale w nazwie nadawcy wpisali po chińsku ?? (bo-lan) czyli Polska. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że treść emaila była po rosyjsku!!! Jak widać do dzisiaj niektórzy Chińczycy myślą, że w Polsce mówi się po rosyjsku, albo że nawet jesteśmy radziecką republiką ;-). Niestety na chińskich lekcjach historii i geografii jest sporo niejasności i czarnych dziur, a później są takie efekty. Ciekawe, jakby się Chińczycy poczuli, gdybym napisał do nich po japońsku i dziwiłbym się, że nie są częścią Japonii? Na pewno byliby wściekli.
