Dzienniki z Chin
Pamiętniki, zapiski z życia w Chinach
Wspominałem kiedyś o mojej znajomej, która chciała wyjść za mąż 'na szybko'. Skontaktowała się ze swoim byłym chłopakiem przez internet i tak się jakoś zaręczyli. On, Chińczyk mieszka tymczasowo w Kanadzie. Tak samo szybko jak się pobrali, tak szybko zdecydowali się rozwieść. Ponieważ on był zagranicą - nie tak łatwo zaaranżować rozwód na odległość. Teraz jednak wszystko się udało. Dostarczyli jakieś oświadczenie potwierdzone przez Ambasadę Chińską w Kanadzie. Oczywiście samo oświadczenie niczego nie zapewniało, ale... sędzia zajmujący się sprawą to jakiś znajomy koleżanki tej dziewczyny. Telefonicznie potwierdził z tym chłopakiem, że chce się rozwieść i załatwił im to. Opłata za rozwód 150 RMB, czyli jakieś 68 PLN. Zdziwiło mnie, że ten urzędnik w ogóle się tym zajmował, do tego telefonicznie?! Później okazało się, że to właśnie dzięki znajomościom. I tak to w Kraju Środka funkcjonuje - albo łapówki, albo układy. Gdyby prosty człowiek poszedł z prośbą o rozwód, a drugiej połówki nie byłoby w Chinach nawet, nie wydaje mi się, aby w ogóle tym się ktoś zajął.
W tej chwili, w dniach 3-5 kwietnia trwa "święto sprzątania grobów", zwane także Qingming Festival. W różnych częściach Chin to święto jest inaczej traktowane. Uogólniając - chodzi głównie o sprzątanie grobów przodków, a także przynoszenie darów. Szczególnie w prowincji Guangdong bardzo ważne są sztuczne pieniądze, a także wycinane z papieru domy, samochody, a nawet służący. Wszystkie te symbole należy spalić, mają one zapewnić dostatnie życie w zaświatach. Bardzo często przynosi się też dary w postaci owoców, wina. Zależnie od wyznania rodziny modlą się za bliskich lub też organizują różne obrządki wywodzące się z lokalnych wierzeń. Święto to jest bardzo zróżnicowane zależnie od lokalizacji. Na przykład w miastach takich jak Shenzhen, gdzie większość stanowią przyjezdni młodzi ludzie nikt się tymi obrządkami nie zajmuje. Ludzie mają po prostu kilka dni wolnego, chodzą do parku, na zakupy, nad morze, puszczają beztrosko latawce... Groby i cmentarze znajdują się daleko poza miastem, więc nic za bardzo nie przypomina o tym święcie.
Zastanawiam się, dlaczego w Polsce (w stosunku do Chin) tak wolno buduje się autostrady i wieżowce? Brakuje nam finansów? Brakuje ludzi do pracy? Nie mamy technologii? Nie mamy ochoty, zapału do pracy? Naprawdę nie wiem, ale zadziwia mnie, jak rosną wieżowce w chińskich miastach. Mają naprawdę ogromne żurawie, stosują tradycyjne bambusowe rusztowania, nie przejmują się przepisami BHP, często pracują bez zabezpieczeń na wysokościach 200-400 metrów. Dlaczego budują tak szybko? Dlaczego nam to idzie tak opornie? Może chodzi o ilość rąk do pracy, o niższe pensje, o brak ubezpieczeń i brak przepisów o bezpieczeństwie pracy, a także nieco gorszą jakość wykończeń i na pewno tańsze materiały?! Poza tym chodzi też o wsparcie władz, czy to centralnych z Pekinu czy lokalnych. Na pewno w Chinach pieniądze nie stanowią problemu jeśli chodzi o inwestycje w drogi i architekturę miast. Martwi mnie trochę ta prędkość budowy i rozwoju. Słyszałem, że Chińczycy planują coraz większe inwestycje w Polsce!
Niektórzy Polacy, czy w ogóle obcokrajowcy wizytujący Chiny często traktują tłumy ludzi, tłok na ulicach jako rozrywkę. Idąc na zakupy czy do zatłoczonego parku w weekend fajnie jest porobić sobie zdjęcia i mieć tysiące Chińczyków jako tło. W końcu jest się w Kraju Środka - najbardziej zaludnionym państwie (razem z Indiami). Kilka dni przeciskania się w tłumie nikomu zbytnio nie przeszkadza, jest to taka atrakcja w Szanghaju, Guangzhou, Hong Kongu czy Shenzhen. Gdyby jednak popatrzeć na to inaczej... gdyby mieszkać tutaj dłużej, przez rok czy dwa lata, albo na stałe. Takie tłumy strasznie męczą! Dochodzi nawet do tego, że lepiej w ogóle z domu nie wychodzić, a zakupy robić w określonych godzinach. Nie warto też chodzić do żadnego parku miejskiego w sobotę czy niedzielę, bo zostaniemy zadeptani! Przekonałem się o tym po raz kolejny odwiedzając sławny park w Guangzhou - YueXiu.
W Shenzhen budują teraz taki wielki, piękny szpital z widokiem na morze. Ogromny gmach powstaje w okolicach HongShuLin (Red Jungle) z widokiem na zatokę i granicę z Hong Kongiem. Ja się już śmieję z tego, że szpital może się posługiwać hasłem reklamowym "śmierć z widokiem na zatokę", "umieraj w przyjemnych warunkach", "najlepsze pokoje, najlepszy widok przed śmiercią". Shenzhen to młode miasto, ale już teraz szpitale są przepełnione - ludzie (bez ubezpieczeń, płacąc często gotówką) stoją w kolejkach do specjalistów. Są to zwykle młodzi ludzie, dziewczyny czekają do ginekologów (zwykle w ciągu dnia w jednym dużym szpitalu przyjmuje nawet 8-10 lekarzy danej specjalizacji), młodzi robotnicy czekają do chirurgów, wiele osób ma problemy z żołądkiem, trawieniem. W dużych miastach pograsza się stan zdrowia wielu Chińczyków, główny wpływ na to ma stres, ciężka praca, coraz gorsze jedzenie, brak ruchu, zanieczyszczenie. Pozornie życie jest fajne, ale jak tylko zaczną się problemy ze zdrowiem to jest ciężko. Wtedy albo ma się sporo pieniędzy (tylko dobre firmy oferują ubezpieczenia pracownikom, trzeba też być oficjalnie zameldowanym w danym mieście), albo ma się jakieś znajomości wśród lekarzy. Ogólnie jednak coraz częściej mam wrażenie, że lekarze nie chcą w niczym pomóc. Zdarza się, że są agresywni, niczego nie tłumaczą, a pacjenta traktują jako kolejny numerek, w pokojach (nawet u ginekologa) potrafi na raz przebywać 5-6 obcych sobie osób! Pacjenci często powracają z tym samym problemem i płacą za te same lekarstwa, które nic im nie dają tak naprawdę. Szpitale to po prostu dobry biznes i stały dochód. System jest sprawny - rejestracja i płatność za wizytę na wejściu, karty z danymi pacjenta, wyświetlacze w poczekalniach z imionami, połączony system komputerowy (mają dostęp na przykład do wyników badań krwi z innego szpitala w tym samym mieście), na koniec seria płatnych badań i recepty. Recepty są już w komputerze i po odejściu od kasy idziemy obok po odbiór leków, które są już dla nas przygotowane w małym koszyczku. Wydajemy tak w jeden dzień około 60 PLN (przy anginie na przykład) lub jakieś 120-150 PLN przy poważniejszych problemach. W portfelu mniej, a gwarancji zdrowia nie ma. W przypadku komplikacji szpitale czekają, tam na dzień dobry daje się około 500-2000 PLN depozytu zależnie od schorzenia i czasu hospitalizacji! Dlatego powstaje już teraz taki piękny, potężny szpital z widokiem na morze, klientów im nigdy nie zabraknie!
