Dzienniki z Chin
Pamiętniki, zapiski z życia w Chinach
Życie we wiadrze... czasami spotykam w autobusach miejskich takich robotników. Młode małżeństwa, prości ludzie ze wsi, którzy przenoszą się z jednej budowy na drugą. Ich cały dobytek stanowi pościel poskładana w kostkę, zwinięta kołdra. Nie mają zwykle żadnych bagaży, czy plecaków - wszystkie drobiazgi trzymają we wiadrze. Jest tam mydło, ręczniki, wieszaki, odzież, czasem jakieś garnuszki, naczynia, kubki. Żyją w wielkich miastach, ale nie jadają w żadnych restauracjach, nie chodzą na dyskoteki, nie sypiają w hotelach. Pracują na budowach, budują luksusowe hotele, ogromne szpitale, czy zachwycające centra handlowe - żadne z tych miejsc nie będzie przeznaczone dla nich samych. Zawsze nocują w prostych barakach na terenie budowy, pieniądze wysyłają do rodziny na wsi. Starają się utrzymać pracę, ale gdyby zabrakło zajęć na budowie to nie są w stanie przetrwać w takim mieście, wrócą na wieś.
Wyczytałem ostatnio, że w 2010 roku pewien polski zespół disco-polo szykuje trasę koncertową po Chinach! Z całym szacunkiem dla tego zespołu i tej muzyki, ale czy to jest wszystko, co polska kultura ma do zaoferowania w Państwie Środka? Melodyjne przyśpiewki pewnie dobrze się tu sprzedadzą, ale Polska z tego powodu sławna nie będzie. Już chętniej widziałbym tutaj jakiś popowy lub rockowy zespół, który w Polsce jest teraz na topie. Nawet polski hip-hop byłby tu ciekawszy niż odgrzewane przeboje weselne z lat 90-tych. Tym bardziej, że w Chinach na weselach nawet się nie tańczy!
W chińskich miastach jest tak wszystko dobrze przemyślane, zaplanowane, zbudowane, jak w grze Sim City. Po sąsiedzku są salony samochodowe, nauka jazdy i od razu budują duży szpital dla przyszłych kierowców i ofiar wypadków... jak wszystko dobrze rozplanowane? Żarty, żartami, ale ślepych, niedouczonych kierowców przybywa w Chinach z dnia na dzień. Jest to chyba jedyny kraj w którym teraz sprzedaje się najwięcej nowych samochodów i żadna przyzwoita marka nie ignoruje targów w Chinach. Drogi są doskonałe, samochody bardzo przyzwoite, a ich umięjętności - brak słów.
Coraz więcej ludzi dochodzi do wniosku, że w Chinach najtrudniej się dogadać po angielsku. Wielu podróżników, biznesmenów czy studentów ma zawsze problemy na ulicy, w sklepach, w pociągach czy w autobusach. Niektórzy mają szczęście, że spotkają kogoś młodego, wykształconego i wówczas mogą się lepiej lub gorzej porozumieć po angielsku. Pamiętam, jak kiedyś oglądałem amerykański program w stylu reality-show: "Wyścig dookoła Świata". Para zawodników w ogóle nie mogła dogadać się z taksówkarzem (czasem nawet chiński adres nie pomaga w znalezieniu właściwego miejsca). Amerykanie byli wściekli, a taksówkarz nie rozumiał ani słowa! Ostatecznie się poddali, polegli w Chinach, odprawili taksówkę i wyrzucili plecaki krzycząc "freaking China". Sam zaobserwowałem, że w Indonezji, czy na Tajlandii spora grupa ludzi mówi po angielsku. Zdarza się, że w Afryce też można się bez problemu porozumieć. Chiny to jednak wyjątek! Zadziwia mnie tylko ilość szkół angielskiego, kursy, prywatni nauczyciele, książki, DVD, multimedia, księgarnie językowe - zastanawiam się, gdzie są efekty tego nauczania!
Mam złą wiadomość - CHINY JUŻ NAS NIE POTRZEBUJĄ! Nas, czyli zachodnich inwestorów, odbiorców towaru z Chin. Będąc ostatnio na zakupach przeraziły mnie tłumy ludzi. Nie było to żadne święto, ale w ten weekend nie dało się nawet wyjść z metra. Wielkie centra handlowe były przepełnione, nie widać tu absolutnie żadnego kryzysu. Na chodnikach musieliśmy iść gęsiego, stać w kolejce, aby gdzieś dojść w ogóle. Chińczycy kupują na potęgę bieliznę, odzież, buty, a nawet biżuterię. W sklepach z elektroniką aparaty typu Nikon D300, Canon 5D Mark II schodzą jak ciepłe bułeczki, ludzie płacą za wszystko gotówką albo kartami z bankomatu. Mało kto kupuje takie rzeczy na kredyt czy na raty. W Polsce możemy tylko pomarzyć o takiej masowej konsumpcji. Nawet piekarnia oferująca francuskie bułeczki była przepełniona, nie było tam wolnego stolika. Co jak co, ale takie bułeczki wcale nie należą do jakiś żywieniowych priorytetów Chińczyków. Po prostu w dużych miastach każdy sklep, restauracja, piekarnia, salon, księgarnia są pełne klientów. Tu nie jest tak jak w Polsce, że wszyscy chodzą, porównują ceny, analizują, zastanawiają się, a na koniec kupują taniej przez internet albo na raty. Tutaj po prostu idzie się do sklepu i robi zakupy. Co więcej, tu wcale nie jest taniej niż w Polsce. Pojawia się coraz więcej firmowych sklepów, markowej odzieży. Mała saszetka skórzana kosztuje tutaj 400-500 PLN, koszula (nawet nie bawełniana, a poliestrowa) kosztuje w takich sklepach 200-300 PLN. Zadziwia mnie ten popyt, po prostu kupują na potęgę. Ich rynek radzi sobie już doskonale bez ingerencji zachodu. Opracowali już swoje produkty, wzory, trochę skopiowali od nas, dodali coś we własnym zakresie, nauczyli się technologii i naprawdę radzą sobie doskonale. Możemy się już bać! Chiny stają się potęgą samą w sobie.
