Dzienniki z Chin
Pamiętniki, zapiski z życia w Chinach
Pisałem już wcześniej, że w Chinach nie ma jako takiego obowiązkowego ubezpieczenia (jak ZUS). Oczywiście teraz ludzie wykupują prywatne ubezpieczenia, albo firmy robią to w ich imieniu. Gdy jest się mieszkańcem danego miasta, z meldunkiem w tym właśnie mieście, ma się kartę ubezpieczenia społecznego. Nieważne, czy ma się ubezpieczenie, czy nie dla szpitala pacjent jest jak bankomat. Znajoma wybiła sobie palec. Pierwszy dzień badania w szpitalu, prześwietlenie, sporo papierków, 3 godziny minęły. Lekarze nalegają, żeby została w szpitalu, ona jednak nocuje w domu. Drugi dzień badania krwi, moczu... jaki to ma związek z ortopedią? Nalegają na drugie prześwietlenie - pewnie, przecież to samo zdrowie naświetlać się x-rayem. Planują zabieg, muszą wstawić jakiś element wart 1300 PLN. Dziewczyna obok w pokoju szpitalnym mówi, że jest tu już tydzień, bo skaleczyła sobie palec. Im dłużej w szpitalu, im więcej badań tym więcej pieniędzy. To nie jest tak jak w Polsce, że szpital pracuje za darmo, żeby komuś pomóc i ma milionowe długi. Lekarz powiedział mojej znajomej już w pierwszy dzień, że ma wpłacić depozyt około 900 PLN, ona powiedziała, że 450 PLN, on się zgodził... czy to jest służba zdrowia czy targowisko? Ubezpieczenie działa tak, że płaci się gotówkę - a później na podstawie dokumentów firma ubezpieczająca pokrywa te koszta. W przypadku, gdy ktoś ma drobne schorzenie, a nie ma ubezpieczenia, lekarze jak się domyślam nastraszą go tak, że zostanie w szpitalu 10 dni (bo tak mówili w sprawie wybitego palca). Naszpikują człowieka kroplówkami, zastrzykami, zrobią 3 razy prześwietlenie, zbadają 2 razy mocz i krew, a to wszystko jest jak lista wykonanych usług na fakturze. W chińskim szpitalu niczego nie robi się za darmo. Wyobraźcie sobie teraz robotnika, który stracił rękę, czy złamał na budowie nogę? Jego los zależy od szefa tej firmy. Może po prostu machnąć ręką na niego i człowiek jest kaleką całe życie, albo uzyska pomoc w szpitalu i zadłuży się na setki tysięcy yuanów u rodziny i znajomych (jeśli w ogóle są mu w stanie pomóc). W niektórych nagłych przypadkach pacjenci pewnie woleliby umrzeć, bo gdy wybudzą się z narkozy i zobaczą rachunki za każde przesunięcie łóżka i zmierzenie temperatury to po prostu się popłaczą. I taki to jest komunizm proszę państwa! Według tych pięknych haseł państwo powinno się wszystkimi opiekować i wszyscy jesteśmy równi, mamy takie same prawa i przywileje (w Chinach przywilejów nie ma, ale są obowiązki). Ostatecznie znajoma zrezygnowała z zabiegu. Według mnie tak jest lepiej, bo tutaj szpital będzie tylko szukał pretekstu do kolejnych badań, zabiegów... im gorszy stan pacjenta tym lepiej dla szpitala. Taka jest tutaj filozofia.
Chiny kilka dni temu wyruszyły na wojnę z pijanymi kierowcami. Brzmi to poważnie, ale jak zwykle takie prawo nie dotyczy każdego. Jakiś kierowca pod wpływem alkoholu zabił ostatnio 5 osób i został skazany na karę śmierci (po raz pierwszy za takie wykroczenie). Media od razu pokazały chińskich policjantów z alkomatami w ręku. Problem w tym, że takich kontrolii jest niewiele (chyba, że to ma się szybko zmienić). Sam byłem świadkiem, gdy podczas kolacji biznesowej tylko kierowca pił wódkę, później odwiózł nas przez pół Kantonu do stacji kolejowej. Innym razem mocno wstawiony Chińczyk po wizycie w klubie KTV zawsze nalegał, że nas odwiezie do hotelu. Czuł się tym pewniej, że ma znajomego szefa policji w tym prowincjonalnym miasteczku. I tak to właśnie jest z chińskim prawem. Jeśli ktoś ma wujka w policji, ciotkę w rządzie, ojca w urzędzie miejskim, albo sam jest oficerem czy urzędnikiem to jest praktycznie nietykalny. Gdyby ktoś taki zabił 5 osób to sprawę od razu by zatuszowano, a media nie miałyby prawa nawet o tym pisnąć. W najgorszym wypadku za takie przestępstwo znaleźliby kozła ofiarnego. Zwykli ludzie nie mają nawet pojęcia, jak funkcjonuje ten system. Chodzi głównie o to, że nie ma wolnych mediów i żadne winy władz nigdy nie zobaczą światła dziennego.
Wracając do poprzedniego tematu... w czasie oficjalnych uroczystości na Westerplatte w chińskiej telewizji CCTV 4 zaprezentowano program publicystyczny na temat II Wojny Światowej, aktualnej sytuacji w Europie i planach budowy tarczy antyrakietowej w Polsce. Dosyć ciekawy program, prezenter zaprosił historyka i specjalistę od militariów. Goście wypowiadali się dosyć obiektywnie, wspomnieli nawet o Katyniu. Myślałem, że po tych rozmowach pokażą relację z Polski, ale była tylko krótka wstawka na żywo ukazująca składanie wieńców. Program trwał 30 minut i mam nadzieję, że przybliżył nieco Chińczykom aktualną sytuację Polski, a także nasze położenie w 1939 roku. Wczoraj kolega z pracy mojej żony wspominał coś o dyskusji na forum internetowym, w którym Chińczycy zaprezentowali pogląd, że przed wybuchem wojny Polska jednoczyła się z innymi narodami słowiańskimi w celu zniszczenia ZSRR! Prawda, że mocne! Tak, na pewno z pomocą Czechosłowacji roznieślibyśmy Rosję w pył, ha ha. Możliwe, że Chińczycy wierzą w wojnę 'obronną' Rosji! Oni po prostu bronili się przed Polskim najeźdźcą! Tak to już bywa z propagandą i zakrzywioną historią.
70-ta rocznica wybuchu II Wojny Światowej jest raczej nieistotna w Chinach. Dla przeciętnego Chińczyka liczy się najbardziej wojna z Japonią, do dziś podsycana jest nienawiść Chińczyków do Japonii. Odnośnie wojny w Europie - wiedzą, że Niemcy łatwo i szybko pokonały Polskę (krąży tu taki mit), nikt za bardzo nie wspomina o ataku Związku Radzieckiego na Polskę, czy braku wsparcia aliantów w pierwszych dniach wojny. Wojna Światowa jest postrzegana bardziej przez pryzmat filmów z Hollywood. W ten sposób Chińczycy wiedzą o bohaterskich Anglikach, Amerykanach, Francuzach i praktycznie nic o Polsce i walczących Polakach. Co więcej (nie zważając na historię Europy) Chińczycy bardzo lubią i cenią Niemców w kwestii współpracy biznesowej i rzetelności. Rosjanie byli przez lata przyjaciółmi Kraju Środka - tym samym w obu krajach krąży taka sama 'wersja' historii. Ciekawe, co Chińczycy powiedziliby, gdybym wychwalał Japończyków za ich postęp, pomysły, pracowitość? Otóż skrzywiliby się i wróciliby znowu do wojny i zbrodni Japończyków. Porównując wzajemne nastawienie Chińczyków i Japończyków, Polacy i Niemcy wypadają chyba lepiej, większe pojednanie, zrozumienie.
Wracając jeszcze do poprzedniego tematu. Może dlatego Chińczycy tak szaleją, gdy już wyjadą na jakąś wycieczkę. Po prostu euforia! Pamiętam, jak raz płynęlismy pontonami w okolicach Zhang Jia Jie (Hunan), nagle ulewny deszcz, ochłodziło się, góry, moja żona trzęsła się z zimna, a ja wiosłowałem, żeby jak najszybciej zakończyć ten porąbany spływ. Inne grupy, zachwycone rozrywką! Nie tylko byli mokrzy od deszczu, ale jeszcze wynajęli sobie zabawki do polewania innych wodą, nam też się oberwało. Świetna zabawa! Po powrocie byłem wściekły, miałem mokrą bieliznę nawet i oczywiście nikt nie powiedział, że tam przemokniemy (bez względu na deszcz). Mogliśmy wynająć prysznic - wynajem prysznica to jedno, a ręcznik to drugie! Byłem naprawdę wściekły, tak samo jak może jeszcze kilka innych osób. Większość jednak zachwycona. Może też bym się lepiej bawił, gdybym miał jakieś przyzwoite ubranie ochronne, gdybym nie zmarzł. Wielu Chińczyków w czasie takich wycieczek firmowych (spływy, spacer w górach, kolejki górskie, zjazd na nartach, paintball, jazda na rowerze, gokarty, jakieś pokazy, tańce) - oni po prostu szaleją jak małpki. Oczywiście też się cieszę, ekscytuję, angażuję w to, ale oni po prostu krzyczą z radości i na nic nie narzekają. Hotele mogą być syfiaste, jedzenie bardzo ubogie, samoloty opóźnione o kilka godzin, ale dla nich zabawa jest przednia. To mnie zadziwia! Ponoć Chińczycy są najbardziej pozytywnie nastawionym narodem świata i to chyba zaobserwowałem w czasie takich wyjazdów. Ostatnio w Guilin, jadąc 4 godziny do pól tarasowych w autobusie widziałem rodzinę Francuzów. Ojciec cały czas narzekał i komentował ruch uliczny, zachowywał się bardzo głośno. Na koniec był wściekły, że muszą dodatkowo zapłacić za jakieś przedstawienie i oddzielili się od wycieczki na jakiś czas. On to dopiero narzekał! Inna, młoda Francuzka (nie z tej rodziny) zachwycała się Chinami, studiowała w Pekinie przez rok. Udało nam się razem zobaczyć te sławne pola ryżowe, mimo że padał dosyć ulewny deszcz, ale w końcu niebo się rozchmurzyło i jak na zawołanie ukazał się cudny krajobraz. Europejczycy mimo wszystko mają jakiś umiar, dystans, są nastrojowi, wymagają, narzekają, oczekują. Chińczycy - minimalne oczekiwania, maksymalne zadowolenie. I teraz kto ma rację? Kto jest szczęśliwszy, kto przyjemniej spędza czas?
